Na początku maja Daimler, niemiecki gigant motoryzacyjny (producent samochodów takich marek jak Mercedes-Benz czy Smart), ogłosił, że zainwestuje ok 500 milionów euro w budowę fabryki w miejscowości Jawor na Dolnym Śląsku. To dobra informacja dla mieszkańców tego miasta i gospodarki regionu, bo w ramach inwestycji zostaną stworzone nowe miejsca pracy.
To dobra informacja również dla całej polskiej gospodarki, bo świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu niemieckich firm inwestowaniem w naszym kraju. Od wielu lat nasi zachodni sąsiedzi pozostają w czołówce dostawców kapitału zagranicznego „nad Wisłą". Jak wynika z najnowszych dostępnych danych NBP, w 2014 roku zainwestowali w Polsce 28 mld euro, plasując się na drugim miejscu wśród największych inwestorów, po Holandii (prawie 30 mld euro). Jeżeli spojrzymy na wartości skumulowane (na koniec 2013 roku), Niemcy wiodą prym.
Polska jest atrakcyjną lokalizacją dla niemieckich firm z co najmniej kilku względów: położenie w bezpośrednim sąsiedztwie geograficznym, podobieństwo kulturowe, członkostwo w Unii Europejskiej i dobre relacje polityczne między krajami, duży rynek wewnętrzny, rozwój gospodarczy, niższe koszty pracy, dobrze wykształcona siła robocza. Z tych względów zainteresowanie inwestowaniem w naszym kraju ze strony inwestorów „zza Odry" nie powinni słabnąć, chyba, że z jakichś powodów warunki prowadzenia działalności w Polsce ulegną znacznemu pogorszeniu. Oprócz dbania o to, aby kapitał napływał zza zachodniej granicy nieprzerwanym strumieniem, warto zatroszczyć się o charakter tych inwestycji. Warto zachęcać niemieckie firmy do tworzenia w Polsce jednostek tworzących różnego rodzaju rozwiązania od podstaw, w przeciwieństwie do odtwarzania pomysłów opracowanych przez niemieckie biura projektowe. Polska potrzebuje „innowacyjnego kopa", a jednym ze sposobów jest właśnie rozwijanie lokalnego „know-how" przy wsparciu kapitału zagranicznego.
Wygląda na to, że jest szansa na zwiększenie przepływu kapitału również z Polski do Niemiec. Jak dotąd nie mieliśmy się czym pochwalić, niemniej jednak polskie firmy coraz odważniej spoglądają za naszą niemiecką granicę, szukając możliwości rozwoju biznesu np. poprzez przejmowanie zachodnich spółek. Z opublikowanego niedawno przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK), bank PKO BP i kancelarię prawną CMS raportu z badania przeprowadzonego na polskich firmach prowadzących działalność w Niemczech, że najczęstszym powodem wchodzenia przedsiębiorstw „znad Wisły" do tego kraju jest chęć uzyskania dostępu do nowych rynków zbytu i klientów. Rzadziej motywacją jest potrzeba pozyskania nowych kompetencji czy chęć pokonania bariery rozwojowej, na którą natrafili w Polsce.
Wydaje się, że Niemcy przyjmują zainteresowanie polskich firm inwestowaniem w ich kraju z zadowoleniem, o czym świadczy choćby otwarcie placówki NWR.INVEST, agencji, której zadaniem jest wspieranie napływu inwestycji zagranicznych do Nadrenii-Północnej Westfalii. To pierwsza placówka tej agencji w Unii Europejskiej, pozostałe działają na najbardziej perspektywicznych rynkach, takich jak Indie, Chiny czy Turcja.
Oprócz inwestycji ważnym aspektem współpracy między Polską a Niemcami jest wymiana handlowa. Od 1990 roku Niemcy zajmują pierwsze miejsce wśród najważniejszych partnerów eksportowych i importowych Polski. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2015 roku udział naszych zachodnich sąsiadów w całkowitej wartości dóbr i usług sprzedanych przez rodzime firmy na rynkach zagranicznych wyniósł 27,1%. Na drugim miejscu wśród rynków zbytu uplasowała się Wielka Brytania, z udziałem na poziomie jedynie 6,8%, a na trzecim – Czechy, z wynikiem 6,6%. Udział Niemiec w całkowitej wartości importu do Polski w minionym roku wyniósł 22,9%. Kolejne miejsca w rankingu należały do Chin (11,6%) oraz Rosji (7,4%). Niemcy są więc nie tylko naszym największym partnerem handlowym, ale mają jednocześnie ogromną przewagę nad krajami zajmującymi kolejne miejsca na podium.
Z jednej strony jest to komfortowa sytuacja. Niemcy są dużym krajem, stabilnym politycznie i zamożnym – czego więcej chcieć od rynku zbytu? Jednocześnie słyną z solidności, są więc godnym zaufania źródłem importu. Niemniej jednak tak duży udział pojedynczego kraju w handlu zagranicznym powoduje tzw. ryzyko koncentracji – gdyby w Niemczech doszło do poważnego załamania gospodarczego, mogłoby to być brzemienne w skutkach dla polskich eksporterów, a w rezultacie także dla całej polskiej gospodarki. Istnieje potrzeba większej dywersyfikacji rynków zbytu, żeby uniknąć takiej sytuacji. Póki co koncentracja na rynku niemieckim rośnie – wskutek trudnej sytuacji geopolitycznej na Wschodzie Europy oraz sankcji gospodarczych nałożonych na Rosję, polscy eksporterzy byli zmuszeni szukać alternatywnych rynków zbytu dla towarów niesprzedanych „za Bugiem". Część z nich postawiła na zupełnie nowe korytarze handlowe, natomiast część podjęła działania ukierunkowane na wzrost sprzedaży na rynki Europy Zachodniej, z którymi już współpracowali. W efekcie w 2015 roku udział Unii Europejskiej i Niemiec w całkowitej wartości eksportu wzrósł, powodując jeszcze większe uzależnienie kondycji polskiego handlu zagranicznego od tych destynacji.
Warto również przeanalizować strukturę polskiego eksportu do Niemiec. Do głównych towarów, które kupują od nas nasi zachodni sąsiedzi należą różnego rodzaju części i półprodukty, z których w niemieckich fabrykach są następnie składane gotowe produkty, które są eksportowane na inne rynki. W ten sposób polscy producenci, znani w Niemczech, są anonimowi na innych rynkach, na które wyprodukowane „nad Wisłą" trafiają z etykietą „made in Germany".
Więcej informacji o polsko-niemieckiej współpracy gospodarczej można znaleźć np. w raporcie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK) i firmy doradczej KPMG.






